Ta zrzędliwa ciotka zwana Żałobą

Żałoba jest jak ta powszechnie nielubiana w rodzinie ciotka, której nikt nigdy nie zapraszał, a mimo to przyjechała – z walizką pełną żalów, wyrzutów i skarg. Rozpanoszyła się w salonie, a wkrótce już w całym domu, bo dosłownie potykasz się o ciotkę i rozwleczone przez nią rzeczy. Dodajmy, że ciotka wciąż płacze, biadoli i jest w ogóle nie do wytrzymania. Miała zostać na parę tygodni, miesięcy, góra na rok – a tymczasem rok minął, a ciotka ani myśli wyjeżdżać. Siedzi jakby nigdy nic, pociąga apatycznie nosem, robi na drutach szarą, smutną skarpetę. Jakby zamierzała tu zostać. Na zawsze. „Tego już dość”, myślisz sobie. Na początku niezręcznie, ale jeszcze uprzejmie dajesz ciotce do zrozumienia, że czas już wracać do własnego domu. Ciotka nie słyszy, albo udaje, że nie słyszy, dalej dzierga skarpetę. Ukłucie złości każe ci dodać nieco uszczypliwie, że każdy potrzebuje „przestrzeni”. Na co ciotka, nie podnosząc wzroku znad robótki, odpowiada pogodnie, że twój salon jest dla niej wystarczająco przestronny. A kiedy wreszcie tracisz nad sobą panowanie i każesz jej natychmiast zbierać manatki, ciotka wstaje powoli, z urażoną godnością zwija skarpetę. Wychodzi szurając nogami w kapciach. „Nareszcie”, myślisz z ulgą, ale i z pewnym zażenowaniem, że aż do takiej sceny doszło, żeby wreszcie ciotka zdecydowała się odejść.  Prędko jednak orientujesz się, że ciotka wcale daleko nie odeszła – poszła tylko do kuchni zaparzyć ziółka na uspokojenie. Nie, nie, tak łatwo się jej nie pozbędziesz…

Życie z żałobą wygląda dla mnie zupełnie jak życie z tą nieznośną ciotką. Uprzykrza mi najlepsze momenty, miesza łyżkę dziegciu w słoiku miodu, nie daje o sobie zapomnieć. Tymczasem świat pędzi naprzód, jakby nigdy nic, wszyscy już dawno zapomnieli o „małej rodzinnej tragedii”, pochłonięci swoimi sprawami – wygląda na to, że tylko ja tkwię w miejscu. Mam poczucie, że zostałam sama ze swoim smutkiem i z żalem, którego nikt inny nie jest w stanie zrozumieć…

Jak pisze Janine Kwoh w swojej książce „Welcome to the Grief Club” („Witamy w Klubie Żałoby” – tłumaczenie własne): „Często mówię o żałobie jako o najbardziej izolującym doświadczeniu – pomimo że jest jednym z najbardziej powszechnych doświadczeń”. Tym jednym zdaniem pisarka trafnie spuentowała współczesną kulturę, w której temat żałoby stał się w zasadzie tematem tabu, prywatną czy wręcz wstydliwą kwestią, o której w towarzystwie zwyczajnie nie wypada wspominać.  „Okres żałoby” ogranicza się w zasadzie do przygotowań pogrzebowych oraz udziału w ceremonii. I o ile jeszcze w tym czasie możemy się spodziewać wyrazów współczucia i dowodów wsparcia ze strony dalszych krewnych, znajomych, przyjaciół – po miesiącu, dwóch zapada cisza. Już nikt nie zapyta, jak się masz, jak to znosisz. O zmarłym w zasadzie nie mówi się już wcale, nawet przy rodzinnym stole – może tylko w jednym zdaniu, po którym zapada krępująca cisza. Sąsiad szybko zmienia temat, rzuca błahym żartem, by przełamać grobowy nastrój – wszystko, byle tylko nie rozmawiać o śmierci. Może chcesz czasem powspominać, przywołać miłe a może smutne wspomnienie, kimś się z nim podzielić, lecz prędko chowasz te myśli i uczucia pod dywan. Czasem ktoś zapyta: „Kiedy zmarł?”, a gdy się dowiaduje, że 2, 3, 5, 8 lat temu, na jego twarzy maluje się zdziwienie, jakby chciał dodać: „I jeszcze ci nie przeszło?”

A prawda jest taka, że żałoba nigdy nie odchodzi – nawet jeśli nie co dzień jest w naszych myślach. Czasem jakiś widok, zapach, czasem konkretna data w kalendarzu przywołuje cień zmarłej mamy, siostry, babci, zmarłego ojca, wujka, dziecka. Tej wyrwy po kimś ważnym w naszym małym, prywatnym wszechświecie nie da się po prostu wymazać, załatać, zakleić plastrem „dobrego” słowa, powiedzieć sobie, że to wszystko już za nami, teraz już będzie ok. Czasem miłe dotąd święta stają się nieznośną torturą, bo przy stole zabrakło tej jednej twarzy…

Co więc możemy zrobić, gdy żałoba przygniata nas swym ciężarem, gdy czujemy się wyobcowani, lub mamy wrażenie, że nasz świat stoi w płomieniach – a nikt z zewnątrz tego nie dostrzega? Lekarstwem na to, jak pisze Janine Kwoh, jest wspólnota: wspólnota ludzi przeżywających żałobę, która wymyka się ramom jednego narodu, rasy, jednego systemu wierzeń. Bądźmy więc obecni. Nie oceniajmy pochopnie. Bądźmy wyrozumiali wobec siebie i innych. Pamiętajmy, że każdy przeżywa żałobę, na swój własny, unikalny sposób. Że może się na nią składać całe spektrum emocji, od rozpaczy, apatii, przygnębienia, strachu, goryczy, do ulgi, nadziei, ostrożnego optymizmu wobec przyszłości. Ktoś może unikać ludzi, ktoś inny szuka kontaktu; ktoś zalewa się łzami, ktoś nie płacze, lecz tak samo pogrąża się w żalu i we wspomnieniach minionych, szczęśliwych dni. Ktoś może odczuwać potrzebę stałości, znajduje oparcie w utartych od lat rytuałach dnia codziennego, ktoś inny znów potrzebuje radykalnej odmiany: zmiany pracy, przeprowadzki, lub chociaż zmienić fryzurę czy kolor włosów. Każdy z tych odmiennych sposobów przeżywania żałoby jest w porządku, ważne, byśmy wybrali sposób w zgodzie ze sobą, a nie pod presją czyichś oczekiwań. Tak samo czas trwania żałoby powinien być tylko od nas samych zależny i wypływać z naszej naturalnej potrzeby. Przeżywanie żałoby nie jest czynnością linearną, okresy wzmożonego smutku i tęsknoty mogą przeplatać się z okresami akceptacji, szczęścia – i to też jest ok.

Two women sit at a wooden table, sharing tea in a cozy room; younger in a dark green sweater rests her chin on her hand while an older woman in an orange shawl holds a mug.

Nie walczmy z żałobą, bo z nią nie da się wygrać. Lecz jest nadzieja, że jeśli pozwolimy sobie (i innym) po prostu żałobę przeżyć, pozwolimy jej pobyć w nas i z nami,  z całym wachlarzem emocji, który się z nią wiąże – to trochę ją tym samym oswoimy. Może uwolnimy się wreszcie od ciężaru własnych i cudzych oczekiwań o tym, jak ta żałoba powinna być, a pozwolimy jej być tak po prostu. Może wreszcie będzie nam z nią odrobinę lżej.

Z pomocą w trudnej sytuacji, wobec wieloletniej już żałoby jak moja, może czasem przyjść humor. Powiem wam, że pogodziłam się już trochę z tą moją zrzędliwą ciotką, której nikt nie zapraszał. Dalej jej nie lubię. Wolałabym, żeby nigdy do mnie nie przyszła. A jednak po lekturze „The Grief Club” rozumiem już, że ta zrzędliwa ciotka, zwana przez niektórych żałobą, też jest mi w życiu potrzebna i ma swoją rolę do odegrania.

Wzdycham. Wstaję. Idę do kuchni – napiję się z ciotką ziołowej herbaty…

Warszawa, 14 czerwca 2026

* Tekst inspirowany książką Janine Kwoh: „Welcome to the Grief Club”

Anita Pachucka, felietonistka